Wpis

środa, 08 lutego 2012

2001 - Neil Gaiman - Amerykańscy Bogowie

Neil Gaiman

Amerykańscy Bogowie (2001)

Nagrody:
2002 – Locus, Hugo, Nebula

            Twórczość Neila Gaimana poznałem dzięki nieistniejącemu już czasopismu „Fenix” (kilkukrotnie już było wskrzeszane, więc może znowu podniesie się jak tytułowy feniks z popiołów?). Wpadł mi bowiem w ręce numer poświęcony  praktycznie tylko-li twórczości pana Gaimana (04/2001). Pamiętam, że nie spodobała mi się. Choć może nie, to złe określenie. Była jakaś ponura, ciężka, choć nie pozbawiona pewnego surowego piękna. Piękna przemijania. Głowy nie dam, czy było to przed czy po premierze „Amerykańskich Bogów”, ale właśnie ta powieść wprowadziła Neila Gaimana do najwyższej ligi fantastycznej, zgarniając zarówno Hugo, jak i Nebulę (a na dokładkę Locusa) – czyli dublet najważniejszych nagród w tym półświatku. Dzięki „Amerykańskim Bogom” autor zadomowił się w głównym nurcie literatury i popkultury, czego przykładem choćby ekranizacja „Koraliny”.
            „Amerykańscy Bogowie” jest powieścią na wskroś amerykańską. Zdawać by się mogło – powieść drogi. Główny bohater wychodzi z więzienia, jego życie legło w gruzach, rodzina się rozpadła. Nagle jak z nieba spada mu zlecenie. Ma zostać kierowcą tajemniczego pana Wednesdaya i wraz z nim wyruszyć w podróż po Stanach Zjednoczonych. Pan Wednesday szuka bowiem bogów – swoich, jak się okazuje przyjaciół – których na kontynent przywieźli emigranci z Europy. Znajduje więc Anansiego, czczonego onegdaj przez afrykańskich niewolników, słowiańskiego Białoboga i wielu innych. Sam zresztą też jest jednym z nich. Po co to robi? Ano po to, by zjednoczeni, słabi starzy bogowie stanęli do walki z nowymi: bogami internetowymi, komunikacyjnymi, ubezpieczeniowymi. W miarę rozwoju sytuacji główny bohater, Cień, zdaje sobie sprawę, że nie wszystko jest takie jak się wydaje, i że pomysł z byciem kierowcą pana Wednesdaya wcale nie był taki mądry…
            Cała powieść utrzymana jest w ponurym nastroju nieuchronnego przemijania i fatalizmu, znanego mi z opowiadań Gaimana. W takich oparach butwiejących liści poznajemy współczesną Amerykę, jej lęki i pragnienia. Może to tak poruszyło krytyków? Dla ludzi z Europy wydźwięk tej pozycji na pewno będzie słabszy – będzie to po prostu kolejna, ciekawa lektura. Może dlatego, że nasi starzy bogowie nie są emigrantami, tylko silnie siedzą gdzieś zakorzenieni, jak Licho w dziupli. Niemniej, mimo takiego ponurego nastroju warto przeczytać. Poza tym pan Wednesday zapewne nie zechce poddać się nieuchronnemu przemijaniu.
            Zdecydowanie warto, choćby dla Białoboga i Czarnoboga.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
adamadamas
Czas publikacji:
środa, 08 lutego 2012 23:46

Polecane wpisy

Trackback